Strefa komfortu (7 z 7)

/ lipca 16, 2017
   

Caleb Ekeroth


  Muszę przyznać, że jestem dość osobliwą osobę... we własnych oczach. Żyję już po swojemu i od jakiegoś czasu mało patrzę na ich... pod względem tego jak układam sobie wszystko. 

   Jakiś czas temu przyszłam na spotkanie do psychologa z jedną myślą. Nie długa tkwiła ona w mojej głowie, ale uznałam, że nie mam sensu tego nie wyłożyć... na stół. 

  Co do zasady jestem bardzo otwarta i nie ma da mnie tematów "tabu". No właśnie... co do zasady. Nie nawiedzę podawać  informacji o sobie. Nawet płci czy tego co zamierzam robić po południu. Pisałam kiedyś o tym również tutaj

  Po przerobieniu tego tematu, wiem już trochę więcej i jestem jeszcze pewniejsza siebie. Mam własną strefę komfortu. Ja pewnie każdy, ale nie drążyłam tego tematu. Mam własny mur, który oddziela moją prywatność. Mogę mówić co chcę i nikt nie może mieć do mnie o to pretensji. 

  Oczywiście, że się zdarzają... i to całkiem często. W moją stronę leciały teksty... beznadziejne i czasami okropne. Psychoanaliz przez to były miliony. Co do zasady "wnioski" twierdziły, że jest coś ze mną nie tak. 

  Mam już na to wylane.  Nie obchodzi mnie co myślą o mnie inni, do póki od tego coś nie zależy. Bo na pewno nie mój humor. Sama reguluję to co mówię innym i na ile wpuszczam kogoś do mojej strefy komfortu. Przesuwam we wszystkie strony mój mur i jest świetnie. Robię, mówię, pokazuję, informuję tylko to co chcę i tylko komu i kiedy chcę.

   Ja wcale nie staram się wyjść z niej. Podoba mi się ona. Jestem w niej i tylko przeciągam mur. Odkrywanie siebie jest dla mnie częścią znajomości, a nie motywuję się, aby z niej wyjść. Lubię ją i uważam, że bez niej nie byłabym szczęśliwa jak teraz. Nie rozumiem, kiedy ludzi opowiadają, że przekroczenie jej jest trudne, ale tego warte. Ja to robię odruchowo, jeśli mam ochotę. Przy przeciąganiu muru nie mam obaw, bo robię to tylko wtedy gdy chcę.

 Strefę  komfortu bardzo szybko zrozumiałam i zmieniła ona moje życie. Wszystkim steruję ja. Tam jestem taką... Panią własnego... wszystkiego. 

  To już koniec tygodniówki. Dziękuję, że byłaś/eś, bo było warto... 
   

Caleb Ekeroth


  Muszę przyznać, że jestem dość osobliwą osobę... we własnych oczach. Żyję już po swojemu i od jakiegoś czasu mało patrzę na ich... pod względem tego jak układam sobie wszystko. 

   Jakiś czas temu przyszłam na spotkanie do psychologa z jedną myślą. Nie długa tkwiła ona w mojej głowie, ale uznałam, że nie mam sensu tego nie wyłożyć... na stół. 

  Co do zasady jestem bardzo otwarta i nie ma da mnie tematów "tabu". No właśnie... co do zasady. Nie nawiedzę podawać  informacji o sobie. Nawet płci czy tego co zamierzam robić po południu. Pisałam kiedyś o tym również tutaj

  Po przerobieniu tego tematu, wiem już trochę więcej i jestem jeszcze pewniejsza siebie. Mam własną strefę komfortu. Ja pewnie każdy, ale nie drążyłam tego tematu. Mam własny mur, który oddziela moją prywatność. Mogę mówić co chcę i nikt nie może mieć do mnie o to pretensji. 

  Oczywiście, że się zdarzają... i to całkiem często. W moją stronę leciały teksty... beznadziejne i czasami okropne. Psychoanaliz przez to były miliony. Co do zasady "wnioski" twierdziły, że jest coś ze mną nie tak. 

  Mam już na to wylane.  Nie obchodzi mnie co myślą o mnie inni, do póki od tego coś nie zależy. Bo na pewno nie mój humor. Sama reguluję to co mówię innym i na ile wpuszczam kogoś do mojej strefy komfortu. Przesuwam we wszystkie strony mój mur i jest świetnie. Robię, mówię, pokazuję, informuję tylko to co chcę i tylko komu i kiedy chcę.

   Ja wcale nie staram się wyjść z niej. Podoba mi się ona. Jestem w niej i tylko przeciągam mur. Odkrywanie siebie jest dla mnie częścią znajomości, a nie motywuję się, aby z niej wyjść. Lubię ją i uważam, że bez niej nie byłabym szczęśliwa jak teraz. Nie rozumiem, kiedy ludzi opowiadają, że przekroczenie jej jest trudne, ale tego warte. Ja to robię odruchowo, jeśli mam ochotę. Przy przeciąganiu muru nie mam obaw, bo robię to tylko wtedy gdy chcę.

 Strefę  komfortu bardzo szybko zrozumiałam i zmieniła ona moje życie. Wszystkim steruję ja. Tam jestem taką... Panią własnego... wszystkiego. 

  To już koniec tygodniówki. Dziękuję, że byłaś/eś, bo było warto... 
Continue Reading
  

Dimitar Belchev


  Romantyzm w moim życiu miał różne imiona i inaczej go postrzegała. Nie przez to jak go nazywałam. Kiedy myślę o nim... to nie widzę róż, zachodu słońca i tych poduszek z napisem love...

  Kiedy byłam mała nazywano mnie romantyczką. Nie wiem dlaczego i nigdy o to nie pytałam. Pamiętałam kawały, że to taki romantyk i takie tam, więc wściekłam się. Zostałam tą romantyczną introwertyczką.

  Później nadeszły czasy, które dopiero co minęły i trwały długo. Kiedy zaczęła się zastanawiać nad tym kim jestem, co chcę robić, kim chcę być. Co i kto mi się podoba. Wtedy romantyzm był przyćmiony taką... mgiełką idiotyzmu. Wyobrażałam sobie tych ludzi... jako ćwoków, którzy gapią się na zachód słońca.

  Jeszcze chwilę temu nie potrafiłam określić co mnie tak ciągnie. To aż rozrywało od środka (no dobra, lekko dramatyzuję). Dziś osoby, które no powiedzmy kategoryzuję (tak wiem, straszne słowo w moich ustach) jako romantycy... wyglądają w moich oczach inaczej.

  Są jak zamknięte księgi. Pociągają. Zauważają każdą drobnostkę. Marzyciele. Przykładają uwagę do sztuki i artyzmu. Często ją lekko oderwani od rzeczywistości. Idealizują za dużo rzeczy. Są nadmiernie uczuciowi. Często czytają wiersze. Potrafią cieszyć się chwilą i nie zawsze nią żyć. Jestem pewna, że poszukują głównie szczęścia i miłości. Zwracają uwagę na tyle rzeczy to i na ciebie. Są jak magia... ulotni i otula ich mgiełka tajemniczości. Mieszają u Ciebie nastroje. Chyba nie liczą tak bardzo czasu.

  Kiedyś jednego z bohaterów mojej książki, który dziś wiem, że jest romantykiem, nazwałam... powiedziałam o nim... że jest tak wakacje. A w zasadzie ich ostatnie dni. Tak magiczny, niedościgniony, tajemniczy, rzadko spotykany i tak przyciągający.

  Na pewno jest wiele innych cech romantyków. Bo kto nie oglądał "Pamiętnika". Przecież Noah to był dziewięć i pół na dziesięć. Bo znam nowoczesnych romantyków... i ciekawi mnie czy dogadali by się z tymi sprzed lat.


   
  

  Lato to moment w roku, kiedy zawsze mam nadzieję, że schudnę, ale nie mam ochoty wyjść z kąta, gdzie jest chłodno. Na szczęście (chyba tylko moje) w tego roczne lato założę wszystko z garderoby. Wczoraj leżą w nocy na trawie i słuchając muzyki po treningu, który często się nie zdarza, doznałam oświecenia. Ma kilka rzeczy, które najbardziej ludzie latem, ale oprócz tego... jest to czas, kiedy mogę obserwować kobiece, opalone i lekko umięśnione nogi w butach sportowych. 

  Nie mam pojęcia, czy za kilka dni też będę to lubiła. I to kocham! Początek wakacji to czas, kiedy jeszcze nie muszę się uczyć, a mój grafik jest tak napięty, że nie wiem, który serial oglądać. Mimo, że nie ruszyłam listy "do zobaczenia". 

  Ostatnio jechałam pociągiem, czyli najlepszym środkiem transportu oprócz samolotu (według mnie) i odnalazłam najlepsze miejsce do czytania książek. Był to wagon przedziałowych (nie lubię) (a to jest początek opowieści). W przedziale było gorąco, a chłopak obok (tak ciacho) oglądam "Przełęcz ocalonych", którą widziałam i bez dźwięku nie jest tak świetna. (nie polecam bez dźwięku. Gdyby taki pomysł wpadł Ci do głowy). 

  Postanowiłam wyjść na korytarz. Ale było tak gorąco, że były otworzone okna i tym sposobem stało się głośno. Więc słuchanie nawet Eminem'a, było mało wykonalne. Po chwili kalkulacji sięgałam po książkę. I słuchawki. (Wiem nie tak zaczęte zdanie, ale jest to specjalnie). 

  Nie ważne co było dalej i że cudem nie nabawiłam się bólu ucha. Było super! I z tych całych moich wypoci mam jeden morał. W sumie... to kilka w jednym, ale olejmy ten fakt.

  Wiem, że podróżować trzeba z czymś co rozproszy na chwile myśli. Z czymś co lubię. Gdzie i jak chcę. Oraz nie branie wszystkiego na poważnie i cieszenie się chwilą... da mi tyle co mało co... (jakkolwiek to brzmi)

  A jak ty lubisz podróżować? Czy też podobają Ci się " kobiece, opalone i lekko umięśnione nogi w butach sportowych"?

  
  

  Post, który nie wiem dlaczego odwlekam.

  Jestem bardzo tolerancyjna i jeśli czytasz czasami mój blog, to jesteś tego pewien. Pisałam już kiedyś o tym, ale z innym przesłaniem. 

Konserwatyzm (łac. conservare – zachowywać) – ideologia, która bazuje na hasłach obrony porządku społecznego oraz umacniania tradycyjnych wartości, takich jak: religia, naród, państwo, rodzina, hierarchia, autorytet. Konserwatyści chcą obronić stary porządek ze względu na przekonanie o ewolucyjnym, a nie rewolucyjnym charakterze zmian kulturowo-politycznych.[...]

  Konserwatyzm w Polsce nie kojarzy się chyba nikomu (kto nie jest tego zwolennikiem) dobrze. Jak i w innych miejscach. Uważam, że sam w sobie konserwatyzm nie jest wcale dobry. Konserwatyzm blokuje rozwój. 

  Wiem, że niektórzy idą w to tak głęboko, że jest to dla mnie aż nie normalne. Te zasady, że kobiety muszą chodzić w sukienkach, gotować i zajmować się domem. Mieć dzieci, rodzić dzieci, wychowywać dzieci. One czasami nawet nie powinny pracować. Mam wrażenie, że niektórzy... mentalnie robią im łaskę, że mają prawa, głos i mogą decydować o sobie. 

  Konserwatyści płci męskiej, (nie tylko) których poznałam, czują się jak lepi od innych. Od kobiet, innowierców, dzieci... a nawet nie. Oni często próbują zmniejszyć ich statut?  Innych, różniących się od nich mają w przerażającej większości za gorszych. I ja tego bardzo nie lubię. 

  Tradycja mi się podoba i lubię ją poznawać. Czy to tradycja Syrii, Jukucji czy Nowego Orleanu. Ale kocham też rozwój. Kocham nie tylko Polską, albo z mojego regionu kulturę i tradycję. Uważam, że życie według starej tradycji blokuje... ludzi. Nie rozwijają się tak szybko i zabierają czasami tą możliwość innym. Byłam w miejscach gdzie świetnie połączono tradycję z nowoczesnością i na pewno jeszcze będę w takich miejscach. 

   Sama nie wybiorę nigdy konserwatyzmu. Mam nadzieję, że nigdy mi się to nie zmieni. A świat przestanie wszystkich traktować różnie. Myślę, że chciałabym, aby konserwatyzm nie istniał i na pewno mnie nie dotykał. 

Konserwatyzm (4 z 7)

by on lipca 13, 2017
     Post, który nie wiem dlaczego odwlekam.   Jestem bardzo tolerancyjna i jeśli czytasz czasami mój blog, to jesteś tego pewien. Pi...





  Miał się tu pojawić post o tym "co jest magiczne w książkach i filmach", ale mam inny nastrój i nim podyktuje dzisiejszy post. Dodatkowo i sekundę temu przeczytałam jeden z komentarzy..., więc jeśli chcesz się czepiać... to Cię wypraszam, a jeśli nie, to dziękuję i zapraszam do czytania.

  Lubię być wredna, sarkastyczna, złośliwa i czasami poniżać ludzi. Nie, nie wyżywam się na nich. To nie jest to samo co poniżanie. Jeśli ktoś na to zasługuje to, to robię. Nie, bo mam taki kaprys, ale zakładam i najczęściej to się sprawdza, że nie postąpi tak w stosunku do mnie po raz kolejny. Bo inni rzadko mają coś do tego.

  Nie za bardzo "ufam" ludziom, którzy empatycznie i broniąc innych mają negatywnie odnosić się do innych? Bez sens. Sama odnoszę wrażenie, że trzeba myśleć o sobie i głównie o sobie, bo to jest klucz do osiągnięcia czegoś. Co do zasady niczyim kosztem. Ale to, że będziesz miła/y i do wszystkich się uśmiechać, nie oznacza, że dla ciebie przyniesie to korzyści.

  To nie oznacza, że jestem wredna dla każdego i... bez kija nie podchodź. O nie! Potrafię być miła i sama to chętnie wykorzystuję. Powiedzmy, że "obdarowuje" tym ludzi, którzy są dla mnie warci. Wtedy mniej mnie obchodzi, czy on/a/o jest dla mnie. 

  Wiem czego chcę i jestem w stanie zrobić wiele aby to osiągnąć. Wiem, że trochę dążę po trupach do celu i chyba widzę, że mi to służy. Nie sądzę, że kiedyś odbije mi z tego powodu (jeśli wiesz o co chodzi), bo inaczej to traktuję. Nie jako cel życia... tylko środek co osiągnięcia celu. 


  Staram się żyć po swojemu i sama wytyczać sobie wszystko. Jestem wolna i nikt nie może mi mówić, czego nie mogę powiedzieć i co mi wolno. Jestem wolna więc ja ponoszę za to konsekwencje i nikomu nic do tego.